Zarówno drużynowy konkurs rzutów, konkurs rzutów za 3 punkty, konkurs wsadów i konkurs sprawności wygrali zawodnicy ze wschodu. Ale to tylko przystawki. Główne danie przypadło drużynie zachodniej – ale to też mało ważne, bo stała się rzecz, która wszystkim ‘starszym’ fanom NBA przypomniała o dawnych czasach. O czasach świetności pewnej drużyny, o czasach wielkiego pojedynku, o czasach jednego z największych duetów koszykarskich ever…
Cały mecz zaczął się wybornie – asysty, kontrataki, dunki, popisy. Potem kilka chwil stagnacji, aby w trzeciej kwarcie przypomniał o swojej wielkości wielki szołmen i wielki zawodnik. Shaq O’Neal na boisku pojawił się tańcząc w masce (kozak); w 3 kwarcie zdobył 11 pkt. i był, jak za dawnych lat, nie do zatrzymania. Jego kooperacja z Bryantem (który grał w meczu doskonale) i bohater w tle – Phil Jackson, przypomniały mi WIELKIE czasy Los Angeles Lakers. Wszystko co pojawiło się później i wcześniej w tym meczu nie miało już znaczenia.
LBJ miał gwiazdorskie zagrania ale ostatecznie nie powalił swoją grą, Howard parokrotnie pokazał wielką klasę, CP3 rozgrywał, jak to on, błyskotliwie. Świetne mecze rozegrali Brandon Roy i Mo Williams. Były też wpadki w postaci np. nijakiego Iversona i przeciętnego Pierce’a.
Wszystko co najfajniejsze zostało przypieczętowane nagrodą MVP – niespodziewanie dla duetu. O’Neal i Bryant od dawna nie stali obok siebie w tak dobrej atmosferze i wzajemnej sympatii. Warto było to wszystko zobaczyć.
Nie wrzuciles Shaq Dance !!
No wiem, daj line tutaj w komentach
Aaaa gownem sie fascynujecie…
tobą się nie fascynuje